Ona irytowała od początku, z czasem to zaczął irytować Brosnan, którego postać na początku wydawała się jeszcze odrobinę rozsądna. Właściwie poza Consadinem nie było tu z kim sympatyzować, bo Hardy grał de facto inteligentnego psychopatę, wyzbytego z jakichkolwiek emocji. Gdyby Pan Spock ze Star Treka miał zostać gangsterem, to mniej więcej tak by się zachowywał.
A sam serial spoko się ogląda, ale głupotek i niedorzeczności tu jednak sporo. Po kilku odcinkach zaczyna też drażnić wiecznie powtarzający się schemat. Któryś z rodzinki debili coś nawywija i Hardy musi ratować dzień, a że Hardy nie tylko jest jak Schwarzenegger w "Commando", czyli one-man-army, to jeszcze zna każdego i jak trzeba wsparcia tajemniczej krezuski, to on załatwi, jak trzeba pertraktować z wrogiem, też on załatwi, a jak trzeba hydraulika... no cóż, też załatwi.