
How To Train Your Dragon - John Powell
- Wawrzyniec
- Hans Zimmer
- Posty: 35042
- Rejestracja: sob lip 12, 2008 02:00 am
- Kontakt:
Szkoda, że dyskusja o tak czarującej muzyce toczy się w tak zamkniętym gronie. Powell stworzył coś, przy czym warto się zatrzymać na dłużej, cieszmy się tym. Tym bardziej, że jesteśmy ostatnio bombardowani bardzo przeciętną, niezauważalną wręcz muzyką w animacjach, czy generalnie filmach dla młodszych odbiorców, jak Alicja w krainie czarów, czy Avatar. 'How to Train Your Dragon' stanowi dla mnie miłą niespodziankę. A ulubiony utwór? Myślę, że Romantic Fight ;]
- Koper
- Ennio Morricone
- Posty: 26567
- Rejestracja: pn mar 06, 2006 22:16 pm
- Lokalizacja: Zielona Góra
- Kontakt:
Akurat "Avatar" był bardzo zauważalny w filmie i świetnie oddziaływał, co najmniej równie dobrze jak Powell. "Alicja" dużo mniej, ale sam temat główny wbijał się w głowę, więc akurat w ramach kontrastu tej dwójki scorów bym nie przytaczał.Wilk pisze:Szkoda, że dyskusja o tak czarującej muzyce toczy się w tak zamkniętym gronie. Powell stworzył coś, przy czym warto się zatrzymać na dłużej, cieszmy się tym. Tym bardziej, że jesteśmy ostatnio bombardowani bardzo przeciętną, niezauważalną wręcz muzyką w animacjach, czy generalnie filmach dla młodszych odbiorców, jak Alicja w krainie czarów, czy Avatar. 'How to Train Your Dragon' stanowi dla mnie miłą niespodziankę. A ulubiony utwór? Myślę, że Romantic Fight ;]
"Hans Zimmer w tej chwili nic nie potrzebuje. (...) Ciebie też nie potrzebuje." - Paweł Stroiński
- Wawrzyniec
- Hans Zimmer
- Posty: 35042
- Rejestracja: sob lip 12, 2008 02:00 am
- Kontakt:
Tutaj też nie mogę się zgodzić: Gdyż uwielbiam "How To Train Your Dragon", ale uwielbiam także "Avatar" Hornera
Tak samo jak i temat z "Alice i Wonderland" jest świetny
Ale co do jakości poziomu partytury Powella to się akurat w pełni zgadzam i życzę, aby Anglik dosał jakieś nominacje, czy też nagrody za tę partyturę. W pełni mu się należy.


#WinaHansa #IStandByDaenerys
Na http://www.dwaawards.com/ udostępniono prawdopodobnie cały score. W sumie to samo co na soundtracku, tyle, że z End Credits.
A mogę wiedzieć czemu ?Mystery Man pisze:Na http://www.dwaawards.com/ udostępniono prawdopodobnie cały score. W sumie to samo co na soundtracku, tyle, że z End Credits.

- Paweł Stroiński
- Ridley Scott
- Posty: 9369
- Rejestracja: śr kwie 06, 2005 21:45 pm
- Lokalizacja: Spod Warszawy
- Kontakt:
- Marek Łach
- + Jerry Goldsmith +
- Posty: 5671
- Rejestracja: śr maja 04, 2005 16:30 pm
- Lokalizacja: Kraków
Moja krytyka Smoka wywołała tyle rozgoryczenia i złości, że porzuciłem pisanie nowej recenzji i poczułem się zobowiązany do przedstawienia swojego stanowiska zanim wyznawcy Powella ukrzyżują mnie publicznie.
Więc jedziemy.
Jako ilustracja filmowa HTTYD jest przesadzony, przebajerzony i nieodpowiedzialny. Problem tkwi w tym, że muzyka Powella w czasie seansu w ogóle nie ewoluuje. Chodzi mi tu nie tylko o brak ewolucji tematów, których większość słyszymy w ciągu pierwszych minut filmu i potem nie ma już nas czym zaskoczyć (tu ewentualnie można przyjąć, że przeciętny widz i tak ich nie zapamięta od razu, więc z jego punktu widzenia nie będzie to jakaś poważna wada), bo pod względem zróżnicowania tematycznych aranżacji Smok nie prezentuje się zbyt kreatywnie (np. złowrogi temat "złych" smoków, który za każdym razem brzmi prawie identycznie). Chodzi mi głównie o to, że Powell nie daje zupełnie wytchnienia przez ciągłą bombastyczność - prawie każda jedna scena jest przez jego muzykę powiększona tyle razy, jak gdyby każda kolejna miała być już kulminacją. Efekt jest taki, że mija pół godziny filmu, a muzyka nie może być już większa, bardziej ekspresyjna, nie może wywołać intensywniejszych emocji, bo ta granica została już osiągnięta. Za wyjątkiem Romantic Flight żadna, ani jedna późniejsza scena - z końcową bitwą w szczególności - nie zrobiła na mnie jakiegokolwiek wrażenia. Bo Powell za wcześnie osiągnął najwyższy pułap emocjonalny. To jest dla mnie zupełnie nieodpowiedzialne, to psuje film, bo końcowa bitwa i finał powinny wyróżniać się bombastem, patosem, ekspresją na tle wcześniejszych scen - a nic takiego nie ma miejsca, bo jedyną różnicą jest to, że o ile bombastyczny Test Drive trwał trwał 2 minuty, to bombastyczna bitwa trwa 10 minut. Konstrukcja tej ilustracji jest przez to strasznie mierna, bo brakuje jej stopniowania. Jeden Forbidden Friendship wielkiej różnicy nie robi. Nie każda scena, nie każde spotkanie ze smokiem, musi być automatycznie czymś największym we wszechświecie - czasem można odstawić sekcję dętą, podniosłe tematy, i pójść na chwilę w delikatny underscore, który też trafnie przekaże nastrój sceny, a nie będzie brzmiał jak gdyby to już był finał filmu.
Wawrzyniec zastanawiał się, czemu lubię Johna Williamsa skoro krytykuję wielkoorkiestrowe HTTYD. Tu odpowiedź jest prosta - wystarczy wziąć pozornie bardzo "bałaganiarskie" pod względem konstrukcji Empire Strikes Back. ESB ma tę cechę, że składa się jak gdyby z segmentów, które kończą się kulminacjami (choć faktycznie nic równie emocjonującego jak Hyperspace i Rebel Fleet nie ma wcześniej miejsca). Można więc odnieść wrażenie, że score Williamsa też nie za bardzo zmierza do jednego, wielkiego muzycznego zakończenia i że dużo wcześniej osiąga te wysokie rejestry emocjonalne - np. monstrualna bitwa o Hoth. Ale zobaczcie ile czasu mija, zanim Williams zaczyna wyciskać z orkiestry to maksimum, to jest co najmniej 20 parę minut filmu, które poprzedza tak naprawdę muzyka dość stonowana, nawet jeśli dotycząca dramatycznych wydarzeń. Zanim rozbrzmieje Imperial March i Battle of Hoth jesteśmy stopniowo przygotowywani, napięcie stopniowo, oszczędnie rośnie, przez co bitwa pod względem muzycznym imponuje i miażdży widza. Gdyby Williams przez całe 20 minut filmu wyżywał się na orkiestrze, to słysząc Battle of Hoth wzruszylibyśmy ramionami, tak jak ja słuchając w filmie Battling the Green Death. Po Battle of Hoth i ewakuacji rebeliantów z Asteroid Field włącznie Williams znowu tonuje muzykę i dąży do kolejnej kulminacji, która znowu nas zaskoczy, bo do tego czasu Hoth "wywietrzeje" nam z głowy. Powellowi zupełnie brakuje tej "cykliczności".
I dlatego jest to moim zdaniem niezbyt udana muzyka filmowa (za wyjątkiem boskiego Test Drive i zwłaszcza Romantic Flight). Z drugiej strony podtrzymuję swoją oryginalną opinię, że Powell poszedł w fajnym kierunku i jego epika jest bardzo orzeźwiająca w porównaniu z apatyczną Narnią chociażby. Powell pisze coś względnie świeżego, bo łączy swój nowoczesny styl z tradycyjnym scoringiem. Gdyby wykazał się odrobiną umiarkowania, napisałby wspaniałą ilustrację. A tak jego score jest tylko sumą swoich części - bo każdy utwór osobno fajnie się słucha, ale nijak nie wychodzi z tego rozsądna, przemyślana muzyczna eskapada. I dlatego mówię, że Smok to dobra muzyka do słuchania poza filmem, ale moim zdaniem swojej filmowej funkcji nie spełnia jak należy.

Jako ilustracja filmowa HTTYD jest przesadzony, przebajerzony i nieodpowiedzialny. Problem tkwi w tym, że muzyka Powella w czasie seansu w ogóle nie ewoluuje. Chodzi mi tu nie tylko o brak ewolucji tematów, których większość słyszymy w ciągu pierwszych minut filmu i potem nie ma już nas czym zaskoczyć (tu ewentualnie można przyjąć, że przeciętny widz i tak ich nie zapamięta od razu, więc z jego punktu widzenia nie będzie to jakaś poważna wada), bo pod względem zróżnicowania tematycznych aranżacji Smok nie prezentuje się zbyt kreatywnie (np. złowrogi temat "złych" smoków, który za każdym razem brzmi prawie identycznie). Chodzi mi głównie o to, że Powell nie daje zupełnie wytchnienia przez ciągłą bombastyczność - prawie każda jedna scena jest przez jego muzykę powiększona tyle razy, jak gdyby każda kolejna miała być już kulminacją. Efekt jest taki, że mija pół godziny filmu, a muzyka nie może być już większa, bardziej ekspresyjna, nie może wywołać intensywniejszych emocji, bo ta granica została już osiągnięta. Za wyjątkiem Romantic Flight żadna, ani jedna późniejsza scena - z końcową bitwą w szczególności - nie zrobiła na mnie jakiegokolwiek wrażenia. Bo Powell za wcześnie osiągnął najwyższy pułap emocjonalny. To jest dla mnie zupełnie nieodpowiedzialne, to psuje film, bo końcowa bitwa i finał powinny wyróżniać się bombastem, patosem, ekspresją na tle wcześniejszych scen - a nic takiego nie ma miejsca, bo jedyną różnicą jest to, że o ile bombastyczny Test Drive trwał trwał 2 minuty, to bombastyczna bitwa trwa 10 minut. Konstrukcja tej ilustracji jest przez to strasznie mierna, bo brakuje jej stopniowania. Jeden Forbidden Friendship wielkiej różnicy nie robi. Nie każda scena, nie każde spotkanie ze smokiem, musi być automatycznie czymś największym we wszechświecie - czasem można odstawić sekcję dętą, podniosłe tematy, i pójść na chwilę w delikatny underscore, który też trafnie przekaże nastrój sceny, a nie będzie brzmiał jak gdyby to już był finał filmu.
Wawrzyniec zastanawiał się, czemu lubię Johna Williamsa skoro krytykuję wielkoorkiestrowe HTTYD. Tu odpowiedź jest prosta - wystarczy wziąć pozornie bardzo "bałaganiarskie" pod względem konstrukcji Empire Strikes Back. ESB ma tę cechę, że składa się jak gdyby z segmentów, które kończą się kulminacjami (choć faktycznie nic równie emocjonującego jak Hyperspace i Rebel Fleet nie ma wcześniej miejsca). Można więc odnieść wrażenie, że score Williamsa też nie za bardzo zmierza do jednego, wielkiego muzycznego zakończenia i że dużo wcześniej osiąga te wysokie rejestry emocjonalne - np. monstrualna bitwa o Hoth. Ale zobaczcie ile czasu mija, zanim Williams zaczyna wyciskać z orkiestry to maksimum, to jest co najmniej 20 parę minut filmu, które poprzedza tak naprawdę muzyka dość stonowana, nawet jeśli dotycząca dramatycznych wydarzeń. Zanim rozbrzmieje Imperial March i Battle of Hoth jesteśmy stopniowo przygotowywani, napięcie stopniowo, oszczędnie rośnie, przez co bitwa pod względem muzycznym imponuje i miażdży widza. Gdyby Williams przez całe 20 minut filmu wyżywał się na orkiestrze, to słysząc Battle of Hoth wzruszylibyśmy ramionami, tak jak ja słuchając w filmie Battling the Green Death. Po Battle of Hoth i ewakuacji rebeliantów z Asteroid Field włącznie Williams znowu tonuje muzykę i dąży do kolejnej kulminacji, która znowu nas zaskoczy, bo do tego czasu Hoth "wywietrzeje" nam z głowy. Powellowi zupełnie brakuje tej "cykliczności".
I dlatego jest to moim zdaniem niezbyt udana muzyka filmowa (za wyjątkiem boskiego Test Drive i zwłaszcza Romantic Flight). Z drugiej strony podtrzymuję swoją oryginalną opinię, że Powell poszedł w fajnym kierunku i jego epika jest bardzo orzeźwiająca w porównaniu z apatyczną Narnią chociażby. Powell pisze coś względnie świeżego, bo łączy swój nowoczesny styl z tradycyjnym scoringiem. Gdyby wykazał się odrobiną umiarkowania, napisałby wspaniałą ilustrację. A tak jego score jest tylko sumą swoich części - bo każdy utwór osobno fajnie się słucha, ale nijak nie wychodzi z tego rozsądna, przemyślana muzyczna eskapada. I dlatego mówię, że Smok to dobra muzyka do słuchania poza filmem, ale moim zdaniem swojej filmowej funkcji nie spełnia jak należy.
ok, przyjmuję te argumentyMarek Łach pisze:Jako ilustracja filmowa HTTYD jest przesadzony, przebajerzony i nieodpowiedzialny. Problem tkwi w tym, że muzyka Powella w czasie seansu w ogóle nie ewoluuje. Chodzi mi tu nie tylko o brak ewolucji tematów, których większość słyszymy w ciągu pierwszych minut filmu i potem nie ma już nas czym zaskoczyć (tu ewentualnie można przyjąć, że przeciętny widz i tak ich nie zapamięta od razu, więc z jego punktu widzenia nie będzie to jakaś poważna wada), bo pod względem zróżnicowania tematycznych aranżacji Smok nie prezentuje się zbyt kreatywnie (np. złowrogi temat "złych" smoków, który za każdym razem brzmi prawie identycznie). Chodzi mi głównie o to, że Powell nie daje zupełnie wytchnienia przez ciągłą bombastyczność - prawie każda jedna scena jest przez jego muzykę powiększona tyle razy, jak gdyby każda kolejna miała być już kulminacją. Efekt jest taki, że mija pół godziny filmu, a muzyka nie może być już większa, bardziej ekspresyjna, nie może wywołać intensywniejszych emocji, bo ta granica została już osiągnięta. Za wyjątkiem Romantic Flight żadna, ani jedna późniejsza scena - z końcową bitwą w szczególności - nie zrobiła na mnie jakiegokolwiek wrażenia. Bo Powell za wcześnie osiągnął najwyższy pułap emocjonalny. To jest dla mnie zupełnie nieodpowiedzialne, to psuje film, bo końcowa bitwa i finał powinny wyróżniać się bombastem, patosem, ekspresją na tle wcześniejszych scen - a nic takiego nie ma miejsca, bo jedyną różnicą jest to, że o ile bombastyczny Test Drive trwał trwał 2 minuty, to bombastyczna bitwa trwa 10 minut. Konstrukcja tej ilustracji jest przez to strasznie mierna, bo brakuje jej stopniowania. Jeden Forbidden Friendship wielkiej różnicy nie robi. Nie każda scena, nie każde spotkanie ze smokiem, musi być automatycznie czymś największym we wszechświecie - czasem można odstawić sekcję dętą, podniosłe tematy, i pójść na chwilę w delikatny underscore, który też trafnie przekaże nastrój sceny, a nie będzie brzmiał jak gdyby to już był finał filmu.


- Marek Łach
- + Jerry Goldsmith +
- Posty: 5671
- Rejestracja: śr maja 04, 2005 16:30 pm
- Lokalizacja: Kraków
To jest moim zdaniem wina złego rozplanowania ścieżki - początek filmu to tak jak na płycie This Is Berk + Dragon Battle. Jest tam większość głównych tematów, nie powiem, całkiem nieźle to wypada (choć w paru ujęciach też czuć przesadę), bo jest to po prostu scena akcji i musiało być bombastycznie, czy natomiast trzeba było odkrywać wszystkie karty, mam wątpliwości. Gdyby potem Powell na pół godziny dał sobie spokój z monstrualną symfoniką to pewnie nie byłoby się czego czepiać.
Ogólnie winą obarczam Powella, nie montażystów czy reżysera.

- Koper
- Ennio Morricone
- Posty: 26567
- Rejestracja: pn mar 06, 2006 22:16 pm
- Lokalizacja: Zielona Góra
- Kontakt:
A ja pozostanę przy swoim i uważam, że Łachu oczekuje zbyt wiele od ilustracji prostej jak konstrukcja cepa animowanej przygodówki z komediowym zacięciem. Że muzyka Powella jest przerysowana? A jakie są postaci w tym filmie? Karykaturalność aż nadto widoczna. Moim zdaniem przejaskrawienie jest celowe i zrozumiałe.
Poszedłem na ten film po 1 może 2 odsłuchach płyty i bardzo mi się muzyka w obrazie podobała. Choć siedziałem w kinie, nie czułem się intensywnie atakowany jej bombastycznością jak Marek, nie zwracało mojej uwagi też to, co tak nie podoba się Markowi (przedstawienie wszystkich głównych tematów już w "This is Berk" - no ale to łatwiej wychwycić na płycie przecież jak w filmie). Mam w ogóle wrażenie, że mój redakcyjny kolega zamiast cieszyć się filmem i muzyką oglądał go tylko pod kątem, że tak to górnolotnie określę, zawodowym, będąc po 120 przesłuchaniach OSTa, bawił się w analizy, porównania z płytą itp. i stąd jego ocena i odbiór jest tak skrajnie różny od 99% społeczeństwa.
Poszedłem na ten film po 1 może 2 odsłuchach płyty i bardzo mi się muzyka w obrazie podobała. Choć siedziałem w kinie, nie czułem się intensywnie atakowany jej bombastycznością jak Marek, nie zwracało mojej uwagi też to, co tak nie podoba się Markowi (przedstawienie wszystkich głównych tematów już w "This is Berk" - no ale to łatwiej wychwycić na płycie przecież jak w filmie). Mam w ogóle wrażenie, że mój redakcyjny kolega zamiast cieszyć się filmem i muzyką oglądał go tylko pod kątem, że tak to górnolotnie określę, zawodowym, będąc po 120 przesłuchaniach OSTa, bawił się w analizy, porównania z płytą itp. i stąd jego ocena i odbiór jest tak skrajnie różny od 99% społeczeństwa.
"Hans Zimmer w tej chwili nic nie potrzebuje. (...) Ciebie też nie potrzebuje." - Paweł Stroiński