Score nie z naszych czasów. Tak już prawie nikt nie gra. Orkiestra i liryka wyciągnięta z jakiegoś zapomnianego filmu romantycznego z lat 70. Dzięki temu łatwiej przeżyć seans niż gdyby przyszedł Hans Zimmer i walił elektroniką po uszach. Obraz prosił się, aby jechać dronami. Na szczęście nam tego oszczędzono.
Wizualna strona filmu jest obłędna. Ekipa od świateł ładnie bawiła się ustawieniem i filtrami.
Jeśli chodzi o treść filmu to mamy ukazaną toksyczną relację ojca, macochy i córki. Ojciec wiecznie napruty i napalony demon, ciągle gwałci i pożera swoje córki, aż w końcu jego latorośl musi mu się postawić, aby odrąbać dłonie, które ją ranią. Córka chce dostać się do idealnego świata zdominowanego przez feminizm i rządzonego w całej galaktyce przez kobiety. Dlatego mamy przelot statkiem ze Star Treka. Po drodze zazdrosna macocha chce pozbyć się rywalki.
Świat mami nas bogactwem i sławą, ale kosztem krwi (symboliczne ukucie igłą, aby pobrać kroplę krwi ma być zapowiedzią sukcesu). Historia tak pokazana, że chyba z każdą sceną zwiedzamy kolejne kręgi piekielne z opisu „Boskiej Komedii” Dantego. Wszystko pomieszane w sosie lynchowsko-cronnenbergowsko-argentowym. Zatem ocena: muzyka 10/10, zdjęcia 10/10, kostiumy i scenografia 7/10, scenariusz 1/10. Seans dla odważnych.