Mój post miał za zadanie zwrócić uwagę dlaczego czasem Wawrzyniec ja, czy inni uzytkownicy, sobie z Ciebie mniej lub bardziej żartujemy. Nie jestem wyrocznią , nikogo nie będę nawracał, tylko chciałem zwrócić uwagę na pewien aspekt po przeczytaniu listy najlepszych scorów lat 90 na której z podanych przez Ciebie 20 tytułów na krzyż, mamy na okrągło w tym podanych też przez Ciebie 18 Hansów i Williamsów. To chyba jest coś nie halo, każdemu by się włączyła lampka... Nie potępiam Cię ani nie obrażam, tylko zwracam uwagę na dziwny fakt.. I chciałbym pojąć dlaczego nie wykorzystujesz możliwości które daje Ci dzisiejsza technika.. Tylko o to chodziło.
A więc mimo wszystko moja osoba i moje dziwne upodobania jednak w jakiś sensie, może nie sprowokowały, ale wywołały pewien impuls do napisania tego monologu

Ale mniejsze już o to, przejdźmy więc na spokojnie i na poważnie do konkretów i meritum sprawy.
Po pierwsze przez to, że akurat sobie Williamsa i Zimmera najbardziej upodobałem wyrobiłem sobie, moim zdaniem nie do końca prawdziwą opinię, że ja po za Williamsem i Zimmerem to nic nie słucham. Tak samo jak z nawet najgłupszą plotką, raz puszczoną w obieg, trudno się po tem jej pozbyć. Tak samo jak można sprawdzić co mniej więcej Łukasz słucha, tak i mnie można bardzo łatwo sprawdzić, oczywiście w większym i mniejszym stopniu. Ale też nie mam zamiaru nikogo na siłę przekonywać, że jest inaczej, zresztą jeżeli mam być kojarzony jako miłośnik, fan, według niektórych fanatyk Williamsa i Zimmera to mnie to nie przeszkadza, gdyż są to kompozytorzy, artyści, których nie mam co się wstydzić, a nawet mogę być dumny, że ich słucham i przede wszystkim lubię słuchać. Ja nie mam zamiaru się wstydzić mego gustu muzycznego.
Nie wiem tylko co jest takiego złego, w tym, że mam swoich ulubionych kompozytorów, których najchętniej słucham i najchętniej wracam?
Nic na to nie poradzę, że akurat panowie Williams i Zimmer, tak bardzo zauroczyli mnie swoją muzyką i mogę ich słuchać najczęściej bez znudzenia, a nawet na nowo odkrywać ich muzykę. Dla przykładu, ostatnio nie mogę się odgonić od słuchania kawałka "The Hunt" z "The Lost World: Jurrasic Park". Sporo radości sprawia mi słuchanie jego, świetny kawałek akcji, a jakoś wcześniej nie zwróciłem aż tak bardzo na niego uwagi. Podobnie zresztą jak ostatnio często wracam do "The Well" Zimmera z "The Ring", mimo że za pierwszym razem średnio mi się ten score spodobał, a teraz trochę żałuję, że nie wykorzystałem okazji i nie kupiłem go od Bladerunnera20. Ale to już zupełnie inny temat.
Tych dwóch kompozytorów uwielbiam, co nie znaczy, że nic innego nie słucham. Nie mam zamiaru nikogo do niczego przekonywać, ani pisać jakich innych kompozytorów lubię, gdyż pewnie by to wyglądało jak przekonywania żebraka, że jest bogatym.
Chcę tylko zaznaczyć, że słucham i poznaję różne inne soundtracki. Aby być na bierząco: Alexandre Desplata przesłuchałem parę soundtracków, w tym "Benjamina Buttona", "Ostrożnie Pożądanie", "Dziewczynę z Perłą", "Królową" i coś tam jeszcze. I soundtracki te mi się średnio spodobały, więc logicznie dochodzę do wniosku, że styl tego kompozytora mi nie leży, więc dlaczego mam go słuchać? Gdyż tak wypada? Żebym się przekonał na siłę? Podobnie zresztą jak nie mogę się przekonać do Jana A.P. Kaczmarka. I też mi się za to obrywa, gdyż nie dość, że to bardzo dobry kompozytor, którego ja nie potrafię docenić, to jeszcze nie jestem patriotą. Do Yoko Kanno też się mogę przekonać, mimo że zachwala się ją, że to bardzo wszechstronna kompozytorka. I tak mogę wymieniać, ale też nie widzę większego sensu. Jak ktoś lubic Rock, czy też Metal czy niech będzie Indie-Rock to też nie oznacza, że słucha wszystkich wykonawców i wszystkich zespołów i wszystko mu się podoba.
Ja wyznaję naiwną zasadę, że słucham taką muzykę, jaka mi się podoba. I słucham takich wykonawców, których styl mi odpowiada i których po prostu lubię. Dlatego też kupujac płytę, wiem, że ta muzyka mi się podoba i będę do niej wracał, gdyż aby potem leżała i się kurzyła na pólce to nie ma sensu. Do tych wszystkich płyt w mojej kolekcji często wracam, do niektórych częściej do niektórych trochę rzadziej.
Jeśli chodzi o upór Wawrzyńca w gloryfikowaniu Williamsa i Zimmera... chyba każdy tak ma na początku. (...) Im więcej się słucha, tym człowiek staje się bardziej krytyczny... pewnie Wawrzyniec też dojdzie kiedyś do takiego zdania
Czy na początku? Nie wiem, z 10 jak nie więcej lat to jednak trochę już jest. I nie czuję jakiejś wewnętrznej potrzeby na zmianę, nie czuję jakiegoś głodu za czymś nowym, nie czuję wypalenia. I szczerze, z całym szacunkiem i nie uwłaczając, Wam, ani nikomu, ale ja nie wiem czy chcę zmian. Gdyż jeżeli zmiany mają polegać na tym, że nagle stanę się bardziej krytyczny, ciężej będzie mnie zadowolić, a te płyty, które mam i moi ulubieni wykonawcy nie będą mi już sprawiali tyle przyjemności co dawniej, to ja nie chcę takich zmian, nie chcę się tak rozwinąć. To ja już wolę bardzo głupio wybudować wokół siebie mur i niczym Oskar z "Blaszanego Bębenka" postanowić, że nie chcą rosnąć. Co mi da cała ta wiedza, szerokie horyzonty muzycznego, skoro dawna radość i przyjemność zniknie?
A po za tym jeszcze raz nie uwłaczając i pełnym szacunkiem, ale ta cała sytuacja, dyskusja, niestety za bardzo kojarzy mi się z podobnymi dyskusjami i wymianą zdań na temat filmów, gdzie też jak w każdej innej dziedzinie za moje gusta i upodobania mi się dostaje. Niestety wszystko brzmi to podobnie i kojarzy mi się z rozmowami ze studentami filmoznastwa. Kiedyś nawet poważnie myślałem o tym kierunku, gdyż kocham kino, kocham filmy, ale po paru kontaktach ze studentami tego kierunku, czy osobami się na ten kierunek wybierającymi, tak się przeraziłem, że zrezygnowałem. Zrezygnowałem ze strachu przed tym, że i ja stanę się taki "nawiedzony". Przykłady:
"- Może pójdziemy na 'Piratów z Karaibów'?
- Komercha."
"- Moim ulubionym filmem są "Gwiezdne wojny".
- To nie film, a tym bardziej nie sztuka."
"- Trójka moich ulubionych reżyserów to Lucas, Spielberg i Cameron.
- To nie są prawdziwi reżyserzy. Hollywood. Bergman, Tarkowski to są reżyserzy"
To są takie mniej więcej uogólnione przykłady, które może jakoś pomogą zrozumieć o co mi chodzi.
Niech więc będzie, że ja idę za komercją, nie szukam czegoś ambitnego, bardziej "kulturalnego" z tzw. według niektórych "prawdziwej sztuki".
Nic na to nie poradzę, że np. "Dom zły" mi się nie spodobał, podobnie zresztą jak "Slumdog Millionaire" nie wspominając już o filmach Larsa von Triera, a już w szczególności "Tańcząc w ciemnościach", po którym to byłem w takim dołku i depresji, jakby mi ucięto wszystkie członki.
To tylko kilka takich przykładów. Tak samo też jak nic na to nie poradzę, że dla mnie "Avatar" jest świetnym filmem i byłem na nim już ze trzy razy i za każdym razem świetnie się bawiłem, nie wspominając już o tym, że muzyka do "Avtara" bardzo mi się podoba i często jej słucham.
Nie neguję i nie jestem przeciwny ambitnemym filmom. Choć mi pewnie i tak nikt nie uwierzy, ale jednak trochę się już na oglądałem w życiu, łącznie z filmami takiego chociażby Pudovkina. Ale mniejsza o to.
Tak samo jak ja nie zabraniam tym przysłowiowym "filmoznawcom" lubić, takie a nie inny filmy i nie naśmiewam się z ich gustu i upodobania. Tak też oczekiwałbym od nich, że film, kino to nie tylko egzystencjalne pytania, "wielka sztuka (czasami na granicy bełkotu)", ważne pytania, dramaty, ale także rozrywka, przyjemność, przygoda, możliwość ucieczki na chwilę od szarzyzny i problemów tego świata.
I tak też muzycznie nie mam nic do mniej znanej muzyki, "ambitnej muzyki", niekomercyjnej, nierozreklamowanej muzyki.
Ale po prostu mam taki, a nie inny gust, lubię takie, a nie inny filmy, które posiadają taką, a nie inną muzykę. Może komercyjna papka, ale ja ją lubię. Oglądam filmy, słucham muzyki przede wszystkim dla przyjemności. Dlatego też przede wszystkim wybieram to co mi sprawia przyjemność, jakże to banalnie i infantylnie zabrzmiało.
Chciałbym mieć jakieś mocne zdanie na koniec. Ale niestety coś czuję, że od dłuższego czasu tylko się powtarzam i pewnie dość nieudolnie staram się wytłumaczyć, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Człowiek czasami jest najwidoczniej jedną wielką zagadką, który sam ma problemy ze zdefiniowaniem siebie. Tak więc bez jakiejś dobrej puenty, mocnego akcentu (od ciętych ripost ja niestety nie jestem) kończę ten mój monolog, który mam nadzieję nie jest jednym wielkim bełkotem.
Nie wiem na ile udało mi się wytłumaczyć co niektóre kwestie? Za co z góry przepraszam.
Dziękuję więc za uwagę i cierpliwość i pozdrawiam serdecznie
P.S. A tak na zakończenie, aby nie było wątpliwości, że to ja to pisałem:
"Film James L. Brooksa bez tytułu" - Hans Zimmer
To beztytułowy film otrzymał tytuł i ma się rozumieć, czekam na ten soundtrack
http://moviescoremagazine.com/2010/01/z ... ks-comedy/
