Tomek pisze:Jakieś opinie, wrażenia na temat koncertu "szekspirowskiego"?
Moje są takie, że to był jeden z najbardziej hermetycznych koncertów w historii festiwalu. 1/5 sali wyszła już na pierwszej części, kilka osób wokół mnie spało sobie smacznie przez jego większość.
Klucz doboru muzyki "bo Szekspir" to nie był do końca dobry pomysł. Groch z kapustą. Klasyka - Rozsa i Rota, potem Prokofiew, który był bardziej ciekawostką. Kupiec wenecki od Pook to w moim odczuciu przeciętne granie i poza wokalizami (ledwo słyszalnymi) nie przyniósł niczego interesującego. Morricone był dobrym wstępem do segmentu Doyle'a i Warbecka, to akurat ladnie się uzupełniło i stanowiło najjaśniejszy moment pierwszej części koncertu.
Jeszcze z technikaliów - wydawało się (i nie tylko ja miałem takie odczucie), że momentami artyści grali/śpiewali do wyłączonych mikrofonów, jakby ktoś tam ostro wachlował heblami.
Goldenthalowski segment to już inna historia. Po przerwie w końcu orkiestra wybrzmiała

. Tytus Andronikus zawsze na propsie, najlepszy moment koncertu, tyle, że to odrobinę powtórka sprzed kilku lat. W ogóle miałem nadzieję, że to premierowe, 40-minutowe dzieło Elliota to będzie jakiś kreatywny miks, coś a'la ubiegłoroczny Batman. A tu Tytus, przerwa, klask klask, Otello, przerwa, klask, Burza, przerwa, klask, klask, klask, Sen nocy letniej, histeria, kurtyna.
Burza to przyjemne granie, ale miałem wrażenie, że gdyby nie wokalista Reeve Carney to nikt by na to nie zwrócił uwagi. A te dwie minuty Snu nocy letniej - bałkańskie weselne granie, muzyczny żart - to dopiero obudziło część sali i rozległ się spazm, pisk i grad oklasków. Trochę wstyd.
Największą wartością było dla mnie obserwowanie Julie Taymor. To co się działo z jej ciałem podczas drugiej części koncertu, jak gibała się idealnie w rytm utworów, śpiewała pod nosem partie chóru, komentowała z partnerem to co grają konkretni muzycy - cudny widok, inspirujący wręcz

.