Alexandre Desplat

Tutaj dyskutujemy w wątkach ogólnych o poszczególnych kompozytorach.
Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
Marek Łach
+ Jerry Goldsmith +
Posty: 5668
Rejestracja: śr maja 04, 2005 16:30 pm
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

#16 Post autor: Marek Łach » ndz gru 06, 2009 22:05 pm

Koper pisze: Marek, co do Desplata - ja nie wiem jak jego "intelektualna" muzyka działa w filmach bardziej wysublimowanych od tych hollywoodzkich, w których za bardzo nie działa (choć z hollywoodzkich w miarę nieźle to wyglądało w "Osaczonym"), ale jak tak spojrzę na prace Morricone czy Delerue, którzy pisali przecież też do tego typu europejskiego kina, to jednak to jest zupełnie inne podejście i też jakoś nie wydaje mi się, żeby score'y Desplata dawały tym filmom aż tak wiele. "Lust, Caution" obejrzałem i muzyka w przekroju całego filmu szału tam nie robiła.
Nie no, Button to taki skrajny przypadek, Desplat przecież świetnie sobie radził w takim Malowanym welonie, Królowej, Birth, Dziewczynie z perłą, nawet w takim Firewallu dawał radę. Nie jest tak, że on nie rozumie kina komercyjnego, tylko czasami po prostu jakby trafiał na reżysera o innej wrażliwości od swojej i nie mógł tej bariery przeskoczyc. Akurat w Lust, Caution score działa bardzo bardzo dobrze, znakomicie oddaje niuanse opowieści Anga Lee i jej nastrój, szkoda tylko że nie ma więcej tematu Wong Chia Chi, bo jego potencjał w filmie zostaje niewykorzystany. A ilustracja scen erotycznych to w ogóle coś niesamowicie intrygującego.

Do Morricone trudno Desplatowi mierzyc, bo to nie ta liga co wielki Ennio, ale akurat w przypadku Delerue można by chyba polemizowac, ile w niektórych nowofalowych na przykład filmach francuskich jego muzyka faktycznie daje obrazowi, przynajmniej w takim klasycznym rozumieniu roli muzyki filmowej. Pierwszy przykład z brzegu: Ostatnie metro; chociaż oczywiście jest też od groma przykładów ilustracji wyśmienitych i spełniających tradycyjną funkcję fabularną. Podobnie zresztą gdyby przejrzec kino polskie - ileż to ścieżek trzeba by odrzucic, oceniając je kryteriami stosowanymi przy pracach Williamsów, Zimmerów i Arnoldów. No ale o tym wszyscy tutaj dobrze wiemy :wink:
Marek
Redaktor portalu http://www.filmmusic.pl

Awatar użytkownika
Koper
Ennio Morricone
Posty: 24318
Rejestracja: pn mar 06, 2006 22:16 pm
Lokalizacja: Zielona Góra
Kontakt:

#17 Post autor: Koper » ndz gru 06, 2009 22:28 pm

Może polskiego kina w to nie mieszajmy, bo ono ma znacznie większe problemy. :D
Z "Lust, Caution" problem był właśnie z niewykorzystaniem w pełni możliwości tej ścieżki. Zwłaszcza tematu głównego. A co do ilustracji scen erotycznych... za diabła nie pamiętam, jakoś taki Yared w "The Lover" swoim teoretycznie przecież kompletnie niepasującym ambientem bardziej wbił mi się do głowy. BTW, "The Lover" zahacza o podobną tematykę jeśli chodzi o miłość i erotykę i nawet mamy francuskich kompozytorów i dwa piękne subtelne tematy i w ogóle muzykę jakby w tle, trochę wyciszoną, bez tego hollywoodzkiego romantyzmu prosto w mordę, ale jak dla mnie Yared daje sobie radę lepiej. Może choćby dlatego, że temat główny jest tam sowicie wykorzystany, a może Annaud lepiej potrafił współpracować z kompozytorem, operować muzyką, no nie wiem. Sorry, że tak zszedłem na boczne tory, bo to jednak Olek Desplat powinien tu być głównym bohaterem. ;)

Awatar użytkownika
Wawrzyniec
Hans Zimmer
Posty: 28268
Rejestracja: sob lip 12, 2008 02:00 am
Kontakt:

#18 Post autor: Wawrzyniec » ndz gru 06, 2009 22:36 pm

Koper pisze:Nie ja wyskoczyłem tu Z MV/RC
To byłem ja który wyskoczył tutaj z MV/RC :!: :P Zresztą nie bez powodu, choć jestem też świadom, że dla wielu porównanie Desplata z MV/RC może wydawać się zbyt prowokazyjne, nie na miejscu, lub po prostu głupie. Tylko dokonując takie porównania wypowiedziałem się nie jako znawca muzyki filmowej, którym nie jestem, tylko zwykły amator muzyki filmowej, który lubi sobie posłuchać dobrych score'ów. I dla takiego właśnie amatora jak ja, takie porównanie wydawało się jak najbardziej uzasadnione. Gdyż skoro podobno większość score'ów od MV/RC brzmi tak samo, to cóż ja mogę powiedzieć innego o score'ach Desplata, który zresztą sam w tym roku stał się jednoosobową score'ową fabryką :wink: I nie piszę tego, aby tutaj prowokować czy coś w tym stylu, tylko po proste taka myśl mi się narzuciła, którą chciałem się podzielić. A, że MV/RC jest ostatnio aż za bardzo demonizowane to się w pełni z Ele zgadzam, ale rzeczywiście to jednak dyskusja już na inny temat, w którym na pewno bym się wypowiedział.

Ale wracając do tej oryginalności Desplata. To tutaj padło wiele ciekawych i interesujących wytłumaczeń (piszę to bez żadnego sarkazmu). Althazan pisze o "nastroju i stylu", jaki panuje u Desplata. Marek Łach wspomnia, że "Desplat bazuje na pewnym schemacie (głównie orkiestrowym) w oparciu o który osiąga ten charakterystyczny dla swojego języka muzycznego efekt, ale nie posuwa się do bezpośrednich kopii." Koper, z którym akurat w paru kwestiach się zgadzam, zaznacza, że "wielcy kompozytorzy powielają sami siebie w obrębie swojego stylu". To są wszystko dość dobre i profesjonalne argumenty, ale czy mnie do końca przekonują, hm :? Może rzeczywiście mówienie o autopilocie, kopiowaniu jest w wypadku Desplata niewskazane, może, ale przynajmniej o pewnej monotonności chyba można mówić? Według mnie muzyka Desplata jest jak rzeka na terenie nizinnym i rozumiem, że komuś taki styl ma prawo odpowiadać. Ale sam chyba jednak wolę, kiedy muzyka filmowa jest jak morze czy ocean.

A co do stylu Desplata to byłbym już zupełnie głuchy i byłbym więcej niż amatorem, gdybym stwierdził, że takowego Francuz nie ma. Posiada on swój muzyczny styl, język i co mnie najbardziej dziwi, to że ten styl i język mimo wszystko w Hollywood się spodobał. I szczerze to nie za bardzo jestem z tego faktu zadowolony. I pomyśleć, że jeszcze przed rokiem trąbiłem i bałem się "rahmanizacji" muzyki filmowej :P
#WinaHansa #IStandByDaenerys

Awatar użytkownika
Mefisto
KameNewman
Posty: 9021
Rejestracja: pt mar 31, 2006 21:19 pm
Lokalizacja: z piekła rodem ]:>

#19 Post autor: Mefisto » pn gru 07, 2009 00:40 am

Dla mnie Desplat potrafi pisać całkiem niezłe prace, ale niestety większość z nich jest zbyt jednolita i nawet mimo obecności wielu różnych tematów człowiek ma wrażenie, jakby słuchał tego samego w kółko. Zgadzam się też z tym, że jego muzyka kiepsko sprawdza się w filmach (choć oczywiście nie wszystkie widziałem), niewiele do nich wnosi i brzmi w nich tak jakoś płasko. Dopiero na albumie zyskuje z czasem, choć i to nie zawsze. Generalnie Desplat wydaje się nieco zbyt klasyczny, jak na ilustratora filmowego - jakby urwał się z baroku czy innego okresu przed powstaniem kina :)
Obrazek

Awatar użytkownika
Koper
Ennio Morricone
Posty: 24318
Rejestracja: pn mar 06, 2006 22:16 pm
Lokalizacja: Zielona Góra
Kontakt:

#20 Post autor: Koper » pn gru 07, 2009 01:03 am

Chciałem zauważyć, że wiele dzieł muzyki klasycznej (czy nawet barokowej) dawało sobie w kinie z powodzeniem radę i to o wiele lepiej niż scory Desplata, niech tylko przypomnę filmy Kubricka. :D Ale to już raczej kwestia wizji reżysera niż umiejętności kompozytora (bo u Kubricka to nawet Wendy Carlos dawała radę :) ).

Awatar użytkownika
Wawrzyniec
Hans Zimmer
Posty: 28268
Rejestracja: sob lip 12, 2008 02:00 am
Kontakt:

#21 Post autor: Wawrzyniec » pn gru 07, 2009 01:11 am

Koper pisze:(bo u Kubricka to nawet Wendy Carlos dawała radę :) ).
Wtedy to chyba jeszcze dawał radę? :wink:

A już bardziej na poważnie i bliżej tematu to dobry soundtrack z muzyką klasyczną, mimo że tylko częściową, to dla mnie "Pan i Władca na Krańcu Świata". Tam też częściowo została wykorzystana muzyka klasyczna i brzmi to naprawdę dobrze, a i w filmie się sprawdza.
#WinaHansa #IStandByDaenerys

Awatar użytkownika
Marek Łach
+ Jerry Goldsmith +
Posty: 5668
Rejestracja: śr maja 04, 2005 16:30 pm
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

#22 Post autor: Marek Łach » pn gru 07, 2009 15:14 pm

Wawrzyniec pisze:Może rzeczywiście mówienie o autopilocie, kopiowaniu jest w wypadku Desplata niewskazane, może, ale przynajmniej o pewnej monotonności chyba można mówić?
Jak najbardziej. Jeśli Desplat przez najbliższy rok-dwa będzie jechał na tych samych patentach, to trzeba go będzie krytykować tak samo, jak krytykowano choćby Goldsmitha w drugiej połowie lat 90. W zasadzie już w tym momencie można Francuza za monotonię karcić, ale w jego obronie stają jeszcze inne walory jego muzyki. Do czasu oczywiście.
Wawrzyniec pisze:Posiada on swój muzyczny styl, język i co mnie najbardziej dziwi, to że ten styl i język mimo wszystko w Hollywood się spodobał.
Dla mnie to też niepojęte, może po prostu Desplat ma dobrego agenta? :wink:
Koper pisze:A co do ilustracji scen erotycznych... za diabła nie pamiętam, jakoś taki Yared w "The Lover" swoim teoretycznie przecież kompletnie niepasującym ambientem bardziej wbił mi się do głowy. BTW, "The Lover" zahacza o podobną tematykę jeśli chodzi o miłość i erotykę i nawet mamy francuskich kompozytorów i dwa piękne subtelne tematy i w ogóle muzykę jakby w tle, trochę wyciszoną, bez tego hollywoodzkiego romantyzmu prosto w mordę, ale jak dla mnie Yared daje sobie radę lepiej. Może choćby dlatego, że temat główny jest tam sowicie wykorzystany, a może Annaud lepiej potrafił współpracować z kompozytorem, operować muzyką, no nie wiem. Sorry, że tak zszedłem na boczne tory, bo to jednak Olek Desplat powinien tu być głównym bohaterem. ;)
Hmm ale akurat Desplat w Lust, Caution perfekcyjnie czuje nastrój scen erotycznych - bo te sceny są bardzo chłodne, pozbawione uczuć i emocji, właściwie wręcz zwierzęce pod względem ekranowej seksualności i brutalności. I Francuz doskonale podkreśla sens tych scen przy pomocy muzyki, która jest nieprzyjemna, sterylna wręcz, bardzo niepokojąca. Akurat w tych scenach mistrzostwo ilustracyjne Desplata jest moim zdaniem znakomicie widoczne. I dlatego chyba jednak porównanie z Lover jest raczej nietrafione (nie oglądałem filmu niestety), bo jeśli nawet liryka u Yareda jest nie-hollywoodzka, to i tak jest to wciąż liryka i w związku z tym pojawia się tam w zupełnie innym celu niż ilustracja Desplata.
Koper pisze:Chciałem zauważyć, że wiele dzieł muzyki klasycznej (czy nawet barokowej) dawało sobie w kinie z powodzeniem radę i to o wiele lepiej niż scory Desplata, niech tylko przypomnę filmy Kubricka. Very Happy Ale to już raczej kwestia wizji reżysera niż umiejętności kompozytora (bo u Kubricka to nawet Wendy Carlos dawała radę Smile )
No tak, tylko że rzadko kiedy muzyka klasyczna ma czysto narracyjną funkcję, jaką tutaj próbujemy odszukac u Desplata, porównując go z tuzami Hollywoodu. Co prawda są takie filmy jak Amadeusz czy Wieczna miłość, gdzie utwory klasyczne działają jak tradycyjny score, ale akurat u Kubricka (czy Coppoli, Haneke, Viscontiego etc.) jest wręcz przeciwnie. One raczej symbolizują pewne rzeczy, stanowią część warstwy konceptualnej filmu. No i wykorzystane są wspaniale, ale na innej zasadzie jednak.
Marek
Redaktor portalu http://www.filmmusic.pl

Pokemon
Parkingowy przed studiem nagrań
Posty: 39
Rejestracja: czw cze 08, 2006 14:57 pm

#23 Post autor: Pokemon » pn gru 07, 2009 16:05 pm

O, widzę, że tu macie cały temat poświęcony Desplatowi, a ja strzępie klawiaturę pod recką New Moon;).

Więc nie powtarzając się, dodam, że faktycznie lubię też score z Dziewczyny z Perłą. Jak teraz myślę, to chyba nawet moja ulubiona praca by Alehandro. I pomimo, że bardzo ten score lubię to... nawet o nim nie pamiętałem! Dziwne, ale... Chyba właśnie taki jest Desplat. Nie zapada w pamięć, nie porywa, nie łechta. Jest w większości swych prac nijaki, płaski. Tak na albumach jak i w filmach.

Słyszę głosy, że to muzyka inteligentna, że trzeba się w nią wsłuchać itp. Ale czy aby na pewno ma to sens? Czy score, który nie poruszył we mnie żadnej struny na początku, po głębszej analizie mnie zachwyci? Nie sądzę. Analizy są dla muzykologów, ja muzyki chce słuchać, a nie nad nią dumać... "I niezwykłe pasaże na fortepianie we wspaniałym kontrapunkcie do fletu wygrywającego melodie Marsylianki wprowadzają nastrój niezwykle niepokojącej zadumy nad losem poległych" - no, tak też można "słuchać" muzyki. Ale myślenie nad muzyką gryzie mi się z - dla mnie podstawową funkcją - wzbudzaniem emocji. Bo nie wymyśle przecież sobie, że ta subtelność jest smutna i wnet poczuję się smutny. Desplat nie daje mi żadnych emocji. Jest jak robot, piszący ładne melodie, które wiem, ze są ładne - bo tak podpowiada rozsądek - jednak serce milczy jak zaklęte.

I jeszcze jeden aspekt (już też z resztą wspomniany). Czy inteligencją jest pisanie "inteligentnego" score'u do Hollywoodzkiego blockbustera? Desplat ma problam na podstawowym poziomie, on zdaje się nie rozumieć kina. Wszystko robi tak subtelnie, że tak naprawdę nie wiadomo, czy coś robi w ogóle. Owszem, po przysłuchaniu się, przyjrzeniu, dojdzie ktoś do wniosku, że niesamowita subtelność tła dźwiękowego wspaniale kontrastuje z brutalnością scen. I owszem. Pewnie będzie miał rację. Ale czy będąc subtelnym, trzeba od razu nudzić na potęgę? Wspomniany gdzieś wcześniej Satie, w jednej nucie ma więcej emocji, niż Desplat w całych swoich partyturach.

Nie rozumiem fenomenu tego kompozytora i nie sądzę żebym miał kiedyś zrozumieć. To najwyraźniej jest zwyczajnie nie dla mnie.

No. Wyrzuciłem z siebie co miałem do wyrzucenia;).

Awatar użytkownika
Wawrzyniec
Hans Zimmer
Posty: 28268
Rejestracja: sob lip 12, 2008 02:00 am
Kontakt:

#24 Post autor: Wawrzyniec » pn gru 07, 2009 17:16 pm

Pokemon pisze:O, widzę, że tu macie cały temat poświęcony Desplatowi, a ja strzępie klawiaturę pod recką New Moon;).;).
Szczerze to ja już od dłuższego czasu zabierałem się taki temat. Tylko zawsze obawiałem się, żeby nie była to znowu dyskusja "Ja" versus "The Rest of the World". Ale w sumie widząc Twój komentarz pod "New Moon" zobaczyłem, że jednak nie jestem sam:) Dlatego też w sumie mógłbym napisać, że ten temat częściowo jest "inspirated by Pokemon";)
Pokemon pisze:Więc nie powtarzając się, dodam, że faktycznie lubię też score z Dziewczyny z Perłą. Jak teraz myślę, to chyba nawet moja ulubiona praca by Alehandro. I pomimo, że bardzo ten score lubię to... nawet o nim nie pamiętałem!
Tutaj też się zgadzamy. Ładna muzyka, nawet pary razy ten soundtrack przesłuchałem, temat może nie zapada w pamięci, ale jednak coś posiada. Dobra muzyka, ale też nigdy nie mam takiej myśli, potrzeby, aby do tej płyty wrócić.
Pokemon pisze:Słyszę głosy, że to muzyka inteligentna, że trzeba się w nią wsłuchać itp. Ale czy aby na pewno ma to sens? Czy score, który nie poruszył we mnie żadnej struny na początku, po głębszej analizie mnie zachwyci? Nie sądzę. Analizy są dla muzykologów, ja muzyki chce słuchać, a nie nad nią dumać... "I niezwykłe pasaże na fortepianie we wspaniałym kontrapunkcie do fletu wygrywającego melodie Marsylianki wprowadzają nastrój niezwykle niepokojącej zadumy nad losem poległych" - no, tak też można "słuchać" muzyki. Ale myślenie nad muzyką gryzie mi się z - dla mnie podstawową funkcją - wzbudzaniem emocji. Bo nie wymyśle przecież sobie, że ta subtelność jest smutna i wnet poczuję się smutny.
Podpisuję się pod tym rękoma i nogami.
Pokemon pisze:Desplat nie daje mi żadnych emocji. Jest jak robot, piszący ładne melodie, które wiem, ze są ładne - bo tak podpowiada rozsądek - jednak serce milczy jak zaklęte.
Porównanie z robotem ostre i prowokacyjne, ale coś w nim jest. Gdyż kto powiedział, że robot, maszyna nie może tworzyć ładnych rzeczy? - teraz ja chyba za bardzo prowokuję. Tylko, żeby było jasne, ja nie mam nic do spokojnej ładnej muzyki. Twierdzę nawet, że taką słucham. Tylko tak jak Pokemon słusznie zauważył, przy Desplacie i moje serce milczy jak zaklęte. A wystarczy, że włączę np. "Memoirs of Geisha" i serce moje bije mocniej, mocno, odczuwając przy tym większość emocji od radości po smutek - proszę o wybaczenie, ale uwielbiam tę płytę:)
Pokemon pisze:I jeszcze jeden aspekt (już też z resztą wspomniany). Czy inteligencją jest pisanie "inteligentnego" score'u do Hollywoodzkiego blockbustera? Desplat ma problam na podstawowym poziomie, on zdaje się nie rozumieć kina. Wszystko robi tak subtelnie, że tak naprawdę nie wiadomo, czy coś robi w ogóle. Owszem, po przysłuchaniu się, przyjrzeniu, dojdzie ktoś do wniosku, że niesamowita subtelność tła dźwiękowego wspaniale kontrastuje z brutalnością scen. I owszem. Pewnie będzie miał rację. Ale czy będąc subtelnym, trzeba od razu nudzić na potęgę? Wspomniany gdzieś wcześniej Satie, w jednej nucie ma więcej emocji, niż Desplat w całych swoich partyturach.
Podstawowe pytanie brzmi jak długo będzie ta fascynacja Desplatem w Hollywood trwała? Czy jest to tylko takie chwilowe zauroczenie jak miało miejsce z "boskim Gustavo", czy króciutka fascynacja Rahmanem, która mam nadzieję się już skończyła. Na pewno ta zainteresowanie jeszcze potrwa, zwłaszcza, że Desplat "musi" dostać Oscara i coś czuję, że w tym roku tak się może stać, w końcu jest z czego wybierać.
A na przyszły rok mamy "Tree of Life" i "The Ghost" (zobaczymy co dalej z tym filmem), czyli dwa kolejne, znaczące projekty Desplata i nie będę ukrywał, że kiedy dowiedziałem się, że do tych filmów muzykę komponuje Francuz to palnąłem angielskie czteroliterowe słowo na "F".
Pokemon pisze:Nie rozumiem fenomenu tego kompozytora i nie sądzę żebym miał kiedyś zrozumieć. To najwyraźniej jest zwyczajnie nie dla mnie.
To witaj w grupie:)
Pokemon pisze:No. Wyrzuciłem z siebie co miałem do wyrzucenia;).
Czasami dobrze tak z siebie coś wyrzucić co leży na sercu. Ja sam czuję się lepiej, zwłaszcza, że moja opinia została bardzo obiektywnie przyjęta. :wink: (trochę posłodzę na koniec) :P
#WinaHansa #IStandByDaenerys

Awatar użytkownika
Koper
Ennio Morricone
Posty: 24318
Rejestracja: pn mar 06, 2006 22:16 pm
Lokalizacja: Zielona Góra
Kontakt:

#25 Post autor: Koper » pn gru 07, 2009 17:37 pm

Marek Łach pisze:Hmm ale akurat Desplat w Lust, Caution perfekcyjnie czuje nastrój scen erotycznych - bo te sceny są bardzo chłodne, pozbawione uczuć i emocji, właściwie wręcz zwierzęce pod względem ekranowej seksualności i brutalności. I Francuz doskonale podkreśla sens tych scen przy pomocy muzyki, która jest nieprzyjemna, sterylna wręcz, bardzo niepokojąca. Akurat w tych scenach mistrzostwo ilustracyjne Desplata jest moim zdaniem znakomicie widoczne. I dlatego chyba jednak porównanie z Lover jest raczej nietrafione (nie oglądałem filmu niestety), bo jeśli nawet liryka u Yareda jest nie-hollywoodzka, to i tak jest to wciąż liryka i w związku z tym pojawia się tam w zupełnie innym celu niż ilustracja Desplata.
Al czy Ty czytasz, co ja piszę? :P Yared nie ilustrował scen erotycznych liryką tylko elektronicznym ambientem. Zatem "nieprzyjemna", "niepokojąca" muzyka do tego typu scen, to żadna tam nowość od Olka. :P

I po części chyba zgadzam się z Pokemonem. Desplat nie do końca rozumie kino. Nie czuje go. Taki Brian Tyler czuje je zdecydowanie lepiej, tylko tamtemu akurat talentu brakuje. ;):)

Awatar użytkownika
Marek Łach
+ Jerry Goldsmith +
Posty: 5668
Rejestracja: śr maja 04, 2005 16:30 pm
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

#26 Post autor: Marek Łach » pn gru 07, 2009 17:42 pm

Pokemon pisze: Słyszę głosy, że to muzyka inteligentna, że trzeba się w nią wsłuchać itp. Ale czy aby na pewno ma to sens? Czy score, który nie poruszył we mnie żadnej struny na początku, po głębszej analizie mnie zachwyci? Nie sądzę. Analizy są dla muzykologów, ja muzyki chce słuchać, a nie nad nią dumać... "I niezwykłe pasaże na fortepianie we wspaniałym kontrapunkcie do fletu wygrywającego melodie Marsylianki wprowadzają nastrój niezwykle niepokojącej zadumy nad losem poległych" - no, tak też można "słuchać" muzyki. Ale myślenie nad muzyką gryzie mi się z - dla mnie podstawową funkcją - wzbudzaniem emocji. Bo nie wymyśle przecież sobie, że ta subtelność jest smutna i wnet poczuję się smutny. Desplat nie daje mi żadnych emocji. Jest jak robot, piszący ładne melodie, które wiem, ze są ładne - bo tak podpowiada rozsądek - jednak serce milczy jak zaklęte.
Nie bardzo rozumiem dlaczego myślenie o muzyce miałoby się kłócić z jej odczuwaniem. Pewne wybory orkiestracyjne i stylistyczne, odpowiednia paleta muzycznych "kolorów", wszystko to - o ile zwracamy uwagę na te detale - składa się na intepretację muzyki, dzięki której to interpretacji możemy zrozumieć zamysł i przekaz kompozytora, a w rezultacie wyciągnąć emocje, jakich na pierwszy rzut oka nie widać. Emocje to przecież coś więcej niż tylko łezka kręcąca się w oku, bo twórca napisał chwytliwą melodię.

Aczkolwiek to, że muzyka Desplata nie daje komuś emocji, rozumiem i się temu nie dziwię. Tym bardziej na niwie muzyki filmowej, która preferuje inne formy ekspresji i z powodu których to większość z nas słucha tego a nie innego gatunku.
Pokemon pisze:I jeszcze jeden aspekt (już też z resztą wspomniany). Czy inteligencją jest pisanie "inteligentnego" score'u do Hollywoodzkiego blockbustera? Desplat ma problam na podstawowym poziomie, on zdaje się nie rozumieć kina. Wszystko robi tak subtelnie, że tak naprawdę nie wiadomo, czy coś robi w ogóle. Owszem, po przysłuchaniu się, przyjrzeniu, dojdzie ktoś do wniosku, że niesamowita subtelność tła dźwiękowego wspaniale kontrastuje z brutalnością scen. I owszem. Pewnie będzie miał rację. Ale czy będąc subtelnym, trzeba od razu nudzić na potęgę? Wspomniany gdzieś wcześniej Satie, w jednej nucie ma więcej emocji, niż Desplat w całych swoich partyturach.
Ej no nie radykalizujmy. Powtórzę: to że w takim Buttonie score Desplata kłóci się z potrzebami filmu, nie oznacza że Francuz za każdym razem popełnia ten sam błąd. Jest wiele świetnie, pomysłowo zilustrowanych przez niego obrazów, z Birth na czele, które świadczą, że Desplat materię filmową rozumie jak najbardziej, tylko nie zawsze konwencjonalnie.

Na ile trafne jest intelektualizowanie blockbusterów to oczywiście inna kwestia. Tylko ile tych blockbusterów Desplat faktycznie przeintelektualizował (i przy ilu faktycznie pracował, przecież to głównie specjalista od kina dramatycznego) ? W zasadzie chyba tylko Złoty kompas - za to dostaliśmy ścieżkę niezwykle wręcz bogatą, która po kilkudziesięciu przesłuchaniach wciąż potrafi zaskoczyć jakimś utajonym wcześniej detalem. Faktycznie TGC to lepsza muzyka autonomiczna niż filmowa, ale jest to ścieżka wypracowana jak mało która w dzisiejszych czasach, i nawet jeśli na pierwszy rzut oka zdaje się hermetyczna, to wynagradza odbiorcę w kolejnych odsłuchach.
Marek
Redaktor portalu http://www.filmmusic.pl

Awatar użytkownika
Marek Łach
+ Jerry Goldsmith +
Posty: 5668
Rejestracja: śr maja 04, 2005 16:30 pm
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

#27 Post autor: Marek Łach » pn gru 07, 2009 17:45 pm

Wawrzyniec pisze: Podstawowe pytanie brzmi jak długo będzie ta fascynacja Desplatem w Hollywood trwała? Czy jest to tylko takie chwilowe zauroczenie jak miało miejsce z "boskim Gustavo", czy króciutka fascynacja Rahmanem, która mam nadzieję się już skończyła. Na pewno ta zainteresowanie jeszcze potrwa, zwłaszcza, że Desplat "musi" dostać Oscara i coś czuję, że w tym roku tak się może stać, w końcu jest z czego wybierać.
A na przyszły rok mamy "Tree of Life" i "The Ghost" (zobaczymy co dalej z tym filmem), czyli dwa kolejne, znaczące projekty Desplata i nie będę ukrywał, że kiedy dowiedziałem się, że do tych filmów muzykę komponuje Francuz to palnąłem angielskie czteroliterowe słowo na "F".
Myślę, że długo - Ameryka poznała jego możliwości w różnych typach kina, przekonał do siebie uznanych reżyserów, ceni go krytyka, a nie-blockbusterowa kinematografia zza Atlantyka współcześnie gustuje chyba w bardziej wysublimowanej ilustracji muzycznej.

Tree of Life - normalnie nie mogę się doczekać :wink:
Marek
Redaktor portalu http://www.filmmusic.pl

Awatar użytkownika
Marek Łach
+ Jerry Goldsmith +
Posty: 5668
Rejestracja: śr maja 04, 2005 16:30 pm
Lokalizacja: Kraków
Kontakt:

#28 Post autor: Marek Łach » pn gru 07, 2009 17:50 pm

Koper pisze: Al czy Ty czytasz, co ja piszę? :P Yared nie ilustrował scen erotycznych liryką tylko elektronicznym ambientem. Zatem "nieprzyjemna", "niepokojąca" muzyka do tego typu scen, to żadna tam nowość od Olka. :P

I po części chyba zgadzam się z Pokemonem. Desplat nie do końca rozumie kino. Nie czuje go. Taki Brian Tyler czuje je zdecydowanie lepiej, tylko tamtemu akurat talentu brakuje. ;):)
Yhy, ale potem zaraz wspomniałeś o pięknych subtelnych tematach, jak gdybyś miał żal do Desplata, że on takowych w Lust, Caution nie używa. W filmie Lee nie ma zbyt wiele miejsca na taką tematykę, stąd Desplat idzie w inny nastrój. I tak fajnie, że zdołał tam umieścić temat Wong Chia Chi, choć tak naprawdę porywów miłosnych w tym filmie jest jak na lekarstwo.

Z Tylerem chyba żartujesz. Tyler rozumie potrzeby widowni, a nie potrzeby kina. To zasadnicza różnica, której nie widać może w filmach akcji, ale w obrazach pokroju Malowanego welonu rozłożyłaby rzemieślnictwo Tylera na łopatki.
Marek
Redaktor portalu http://www.filmmusic.pl

Awatar użytkownika
Koper
Ennio Morricone
Posty: 24318
Rejestracja: pn mar 06, 2006 22:16 pm
Lokalizacja: Zielona Góra
Kontakt:

#29 Post autor: Koper » pn gru 07, 2009 17:57 pm

A kto o zdrowych zmysłach zatrudniłby Tylera do "Malowanego Welonu"? :D Chociaż, czy ja wiem... Tyler jedzie na kliszach, myślę, że by sobie poradził, po prostu imitowałby co trzeba i w filmie mogłoby to brzmieć bardzo dobrze.

Awatar użytkownika
Wawrzyniec
Hans Zimmer
Posty: 28268
Rejestracja: sob lip 12, 2008 02:00 am
Kontakt:

Re: Alexandre Desplat - osobiste rozważania

#30 Post autor: Wawrzyniec » pn gru 07, 2009 17:58 pm

Jeszcze niedawno pisałem:
Koper pisze:MV to zwykła banda wyrobników, która własnego stylu nie posiada i nauczyła się jedynie lepiej lub gorzej imitować swojego mistrza. Dlatego ich w ogóle wykreśliłbym z rozważań w tym temacie i porównań do Desplata
A więc MV/RC wykreśliłem z rozważań w tym temacie i porównań do Desplata, a tu nagle pojawia się Brian Tyler :shock: :P Teraz to się już trochę pogubiłem, gdyż ja raczej nie zaliczam się do tych osób, które twierdzą, że Tyler jakiś styl posiada :?
#WinaHansa #IStandByDaenerys

ODPOWIEDZ