Tomek pisze:Do napisania tego tematu zainspirowało mnie określenie (całkiem fajne i słuszne

jakim posłużył się Michał Turkowski w swojej relacji z pierwszego dnia FMF w Krakowie, gdzie Joe Hisaishi'ego nazwał jednym z ostatnich "wielkich symfoników".
Z całym szacunkiem dla Michała, którego bardzo lubię, ale trochę zbyt emocjonalne to stwierdzenie. Oczywiście rozumiem, że każde z nas było oczarowane koncertem, ale mówienie o "ostatnich symfonikach" brzmi jakby był to gatunek na wymarciu i tylko czekać na film z wygenerowanym przez ILM komputerowym symfonikiem pt. "Symphoheart" w tłumaczeniu na polski: "Ostatni Symfonik".
Tomek pisze:Oczywiście, muzyka filmowa się dziś bardzo zmienia, (czy na lepsze?) podąża mocno tropami muzyki rozrywkowej, coraz mniej miejsca jest na orkiestrę, na kompozytorów orkiestrowych, często z klasycznym wykształceniem.
Nie jest to zjawisko ani nowe i muzyka filmowa się ciągle zmieniała. Trochę zapominamy, że np. takie arcydzieło muzyki symfonicznej jak "Star Wars" powstało w okresie, kiedy takie score'y nie były modne. Dla tego ja bym tradycyjnie nie dramatyzował i nie zaczynał dyskusji, kiedyś było lepiej, teraz jest gorzej plus złe RCP, gdyż niektóre zjawiska są naturalne i nie są też czymś zupełnie nowym.
Tomek pisze:Liczne ograniczenia i sprostanie komercyjnym pół-celom filmowców i producentów być może zniechęca twórców, którzy mając odpowiednią wiedzę i umiejętności z tego zakresu, być może inna sytuacja zaowocowałaby odkryciem jakichś twórców pokroju dajmy na to Jamesa Hornera?
Podczas tej fajnej konferencji Disneya podczas Festiwalu też między innymi było tłumaczone, dlaczego przy taki pierwszych "Piratach" najpierw tworzona była muzyka syntetyczna udająca instrumenty klasyczne.
Tomek pisze:Dlatego miejsca chyba na wielką symfonikę coraz mniej i mniej, a szkoda.
Jak wspominałem zjawisko wcale nie nowe.
Tomek pisze:Nie ukrywam, że brzmienie orkiestrowe a i wielka symfonika pisana z rozmachem i emocjami to coś, co w filmówce kocham najbardziej, dlatego też pojawianie się takowych twórców na scenie witam zawsze z dużym entuzjazmem

Zresztą stąd, z takich brzmień i emocji tworzy się myślę cała spektakularność muzyki filmowej i jej dość ciekawa pozycja w stosunku do hermetycznej współcześnie muzyki poważnej/klasycznej.
Ma się rozumieć, też lubię dobrą muzykę symfoniczną. Tylko musimy też być ostrożni z tym entuzjazmem, gdyż dostrzegam, że czasami za bardzo stęsknieni muzyką symfoniczną od razu popadamy w zachwyt, czy też dajemy na wstępie punkty dodatnie dla score'u, tylko dlatego, że jest rozpisany na orkiestrę. Nazwę to "syndromem Clemmensena".
Tomek pisze:Kogo można wydaje mi się rozumieć pod pojęciem "wielkiego symfonika"?
A to jest właśnie dobre pytanie.
Tomek pisze:Twórcę, który potrafi wykorzystać na pewno potencjał orkiestry, dziesiątków instrumentów i sekcji. Nie tylko, że potrafi napisać i nagrać głośną muzykę. Twórcę, który potrafi zaskoczyć nieszablonowym, zaskakującym rozwiązaniem tak w doborze instrumentacji jak i aranżacji muzyki. Twórcę, którego czasami słuchając, gdzieś tam w głowie kotłuje się słowo "geniusz", "wow", "fenomenalne". Twórcę potrafiącego pisać tak złożone tematy jak i interesujący underscore, często w nim mogąc się doszukać tych technicznych fajerwerków czy też emocji, które tak mile łechcą uszy

Oczywiście twórcę mającego gdzieś tam jakieś doświadczenie, wykształcenie, "czującego" po prostu orkiestrę.
I tu się pojawia problem, gdyż mnie pod wyrazem "wielki symfonik" kojarzy się przede wszystkim kompozytor, który wiadomo pisze na wielką orkiestrę, ale i sam nią dyryguje, tak jak John Williams. Ale wtedy to ta lista byłaby dwa razy krótsza, gdyby ktoś się moimi skojarzeniami kierował.
Tomek pisze:Tak więc wg mnie dzisiejsi "wielcy symfonicy":
To przyjrzyjmy się
Tomek pisze: 
Craig Armstrong - chociaż jego twórczość nie jest kojarzona z wielką symfoniką, w wielu pracach udownił, że orkiestrę symfoniczną ma w jednym paluszku

Sam nie wiem. Na pewno coś w tym jest, ale ja słysząc Craig Armstrong nie myślę od rauz jako o kompozytorze muzyki filmowej. W ogóle za słabo znam jego twórczość, aby się wypowiadać.
Tomek pisze: 
Don Davis - trylogia "Matrix", ale też i inne prace pokazały, że jego możliwości symfoniczne to klasa "światowa"
Geniusz

Niestety Geniusz w odwrocie, który chyba już zrezygnował z muzyki filmowej, a szkoda, wielka szkoda

Davis na orkiestrę pisać potrafi i potrafi wykorzystać z niej maksimum. "Matrix: Revolutions" toż to istna masakra dla orkiestry i niełatwa muzyka do zagrania.
Tomek pisze: 
Patrick Doyle - świetne "czucie" orkiestry, duży rozmach, tematy, sporo by się tego znalazło przez te wszystkie lata
OK.
Tomek pisze: 
Danny Elfman - wykształcenia nie ma żadnego, ale jak się słucha jego muzyki orkiestrowo-symfonicznej, ma się wrażenie, że zjadł na niej zęby. Plus te inspiracje Herrmannem i kompozytorami XIX i XX-wiecznymi (Bartok, ). Choć też tu zasługa tutaj pewnie teamu świetnych orkiestratorów na czele z Stevem Bartkiem.
Nie obchodzi mnie jaki ma na to wpływ Bartek. Obchodzi mnie to co słyszę, a słyszę świetne wyczucie orkiestry. Bardzo lubię Elfmana i też jest on doskonałym przykładem i pstryczkiem w noc dla zarozumiałych buców, którzy twierdzą, że muzykiem może być tylko ktoś z muzycznym wykształceniem. Elfman - Symfonik jak się patrzy i wcale nie stary
Tomek pisze: 
Philip Glass - niby minimalizm, ale z orkiestrą symfoniczną potrafi wyczyniać fenomenalne rzeczy - wystarczy się wsłuchać

Zresztą to geniusz

Czy geniusz to nie wiem

Ogólnie kompozytor nie z mej beczki, więc się nie wypowiadam.
Tomek pisze: 
Elliot Goldenthal - podobnież. Genialne umiejętności, fachura symfoniczny nie z tej ziemi, ten rozmach, te emocje, a i czasami fantastycznie rozpisany temat
Wszystko się zgadza. Ale niestety podobnie jak Davis, raczej kompozytor filmowy w odwrocie.
Tomek pisze: 
Christopher Gordon - kompozytor, który do szerokiej świadomości trafił w sumie nie dawno, ale to jak operuje orkiestrą, jak potrafi wyczarować porywające, złożone formy (Master and Commander, Salem's Lot, Mao's Last Dancer) - jestem pod wrażeniem od jakiegoś czasu cały czas

Używając terminologii Adama: "Amen Brother"

Świetny kompozytor! Znam bardzo dobrze jego filmografię i słychać, że orkiestrę to on rozumie doskonale. W sumie może po uznaniu za "Daybreakers" kariera Gordona się rozkręci, czego mu bardzo życzę.
Tomek pisze: 
Joe Hisaishi - komentarz zbędny

James Horner - komentarz zbędny
Yep.
Tomek pisze: 
Wojciech Kilar - wprawdzie to już pół-emerytura, ale dopisuję

Jaka "pół-emeretura"

Emerytura jak się patrzy. Kilar to co najwyżej się zajmie za muzykę filmową jeżeli powstanie ten horror-thriller-science fiction o tym super-nowoczesnym i super złym lotnisku tworzącym sztuczną mgłę i posiadającym wielki magnes przyciągający samoloty
Tomek pisze: 
Ennio Morricone - komentarz zbędny
Yep.
Tomek pisze: 
Howard Shore - komentarz zbędny
Ja jestem oryginalny i dlatego dla mnie jednak komentarz nie jest taki zbędny. Gdyż przynajmniej dla mnie Shore jako Wielki Symfonik to wchodzi głównie przez pryzmat "Władcy Pierścieni". Oczywiście nie zamierzam polemizować, ale tylko stwierdzam, że gdyby nie "LOTR" to nie wiem czy komentarz byłby aż tak zbędny.
Tomek pisze: 
Alan Silvestri - ostatnio sporo "żółtych kartek", gdzieś zagubił tą wielką, porywającą symfonikę z kiedyś. A może to wina tego cholernego Hollywood... Ale chyba miejsce tu mu się należy.
Nie demonizujmy Hollywoodu. Zwłaszcza, że jak Adam wspomniał u nas nie ma Hollywoodu, a i tak na score'y na pełną orkiestrę nie ma co liczyć w największych produkcjach.
Wiadomo, że ostatnio z formą tak sobie, ale mimo wszystko miejsce się należy. I niestety nie mogę się zgodzić do końca z Pawłem. Gdyż akurat za "Forresta Gumpa" i końcówkę "Abyss", Silvestri to coś więcej niż tylko głośna muzyka symfoniczna i w tych score'ach jest finezja.
Tomek pisze: 
Christopher Young - wielki talent, wielkie umiejętności, rozmach, wiele symfonicznych uczt na koncie
Zgadzam się

I słuchając "Priesta" dobitnie można ten talent i umiejętności odkryć. I zauważyć, że mimo "złego Hollywoodu" można jednak nie zatracać swojego głosu jak to zrobił Doyle przy "Thorze.
Tomek pisze: 
John Williams - komentarz zbędny
Dla mnie komentarz musi być

GENIUSZ

Największy kompozytor muzyki filmowej - symfonicznej muzyki filmowej i kwintesencja "Wielkiego Symfonika".
"Aspirujący":
Tomek pisze: 
David Arnold/Nicholas Dodd -

Może, ale tutaj ja mam takie odczucia jak Paweł względem Silvestriego.
Tomek pisze: 
Alexandre Desplat - świetne "czucie" orkiestry, fantastyczny 'technik' na pewno, choć jego muzyka do wielkiej symfoniki aspiruje raczej rzadko
No niestety. Ale Desplat jest idealnym przykładem wspomnianej przeze mnie "pułapki orkiestrowej" zwanej też "Syndromem Clemmensena". Co nie zmienia faktu, że Francuz zna się na orkiestrze, ale nie pasuje zupełnie do mojego obrazu "Wielkiego Symfonika".
Tomek pisze: 
George Fenton - kilka prac (Deep Blue, Anna and the King) pokazujących, że wielka symfonika jest mu nie obca i bardzo dobrze się w niej czuje. Jednak nadal wydaje mi się, że to kompozytor w sumie dość mało znany
To fakt mało znany, najmocniej przepraszam
Tomek pisze: 
Robert Folk - tak jak powyżej. Wystarczy posłuchać utworów z jego twórczości dostępnych na jego stronce, żeby się przekonać, że orkiestra symfoniczna to dla niego żadne tabu. Takie "Toy Soldiers" albo napisy końcówe z "Miles From Home": symfonika pełną gębą
No tak, ale to raczej, zapomniany kompozytor, o którym raczej patrząc w przyszłość nie będziemy rozmawiać.
Tomek pisze: 
Michael Giacchino - na jak najlepszej drodze, żeby osiągnąć grupę powyżej już wkrótce

Dla mnie już osiągnął.
Tomek pisze: 
David Hirschfleder - Austraylijczyk, który swoimi wczesnymi "Shine" czy "Elizabeth" udowadniał, że formy symfoniczno-klasyczne nie są mu obce; w ostanich latach potwierdza, że pisana z rozmachem symfonika to nie pierwszyzana dla niego (Legend of Guardians, Australia)
OK, może być.
Tomek pisze: 
James Newton Howard - zastanawiałem się gdzie go przypisać, bo umiejętności ogromne, i ten artyzm w muzyce orkiestrowej w porywach wielki (Osada, Cedry pod śniegiem), ale jakoś etykietka mimo niewątpliwego geniuszu tego kompozytora jakoś mi nie pasuje

Tu się chyba zgadzamy. Gdyż z całym moim szacunkiem do JNH, to jednak "Wielki Symfonik" i muzyka orkiestrowa to nie są pierwsze słowa, jakie mi przychodzą do głowy, kiedy myślę o Howardzie.
Tomek pisze: 
Trevor Jones - sporo świetnych score'ów z wykorzystaniem wielkiej orkiestry
Kompozytor na emeryturze. Dlatego bardziej zasadne jest sformułowanie: "Napisał sporo świetnych score'ów w wykorzystaniem wielkiej orkiestry".
Tomek pisze: 
Dario Marianelli - dla mnie "wielka nadzieja" muz. filmowej, kompozytor nr 1 swojego pokolenia, "czuje" orkiestrę jak stary wyjadacz
Te same odczucia co przy Desplacie.
Tomek pisze: 
John Ottman - kompozytor stale się wg mnie rozwijający, nie jest to może geniusz kompozycji, ale też jego muzyka orkiestrowa nie raz zachwycała (Superman Returns, Valkyrie, X2) i nie brakowało jej symfonicznej nutki "magii", więc dla zachęty dopisuję

Czy ja wiem

Orkiestra jest, ale polotu w niej nie słyszę.
Tomek pisze: 
Philippe Rombi - genialna wrażliwość orkiestrowa, umiejętność tworzenia pięknych tematów, umiejętności gdzieś tam w rejonach Williamsa, musimy czekać jak się jego kariera rozwinie jeszcze
Z tymi rejonami to nie przesadzajmy i najlepiej jak słusznie zauważyłeś, poczekajmy co to będzie.
Tomek pisze: 
Ryuichi Sakamoto - choć wywodzi się zupełnie skąd inąd (pop/rock), to umiejętności w dziedzinie brzmień symfonicznych z najwyższej półki. Na dodatek zdolnośc tworzenia kapitalnych tematów i zakakujące zapędy w "klasycyzowanie"
Nie wypowiadam się.
Tomek pisze: 
Naoki Sato - twórca, którego "odkrywam". Fantastyczny technik, symfonika w starym stylu, mocne tematy, nie typowa raczej dla Japończyków zachodnia barwa brzmień. Spokojnie może aspirować na zastępcę Hisaishi'ego
Pewnie tak, chociaż tutaj ostatnie słowa należą do Adama i Mystery'ego.
Tomek pisze: 
Edward Shearmur - kilka pozycji na koncie z budzącym respekt symfonicznym rozmachem i tematyką (Sky Captain, Reign of Fire) czy też umiejętnościami orkiestrowymi (Skeleton Key). Szkoda tylko, że ostatni zupełnie cicho nim. Pojętny uczeń śp. Michaela Kamena.
Może i tak, ale w sumie i tak moim ulubionym i według mnie najlepszym scorem Shearmura jest "K-Pax", które jest akurat najmniej orkiestrowe.
Tomek pisze:Jakie są Wasze typy, kogo powyżej pominięto, a może nie zasługuje, by być na tych listach

Tutaj w sumie dodałbym wymienione przez Danielosa i Mefisto nazwiska:
Thomasa Newmana bym mimo wszystko i głównie za Pixara bym dał.
Broughton i Conti niby tak, ale podobnie jak Jones czy Folk to kompozytorzy niestety zapomnieni i już raczej nie liczący się na rynku.
Debney, może być, ale sam do końca nie jestem przekonany.
Powella bym dał jak najbardziej. Nawet jak nie do pierwszej kategorii, to do drugiej się jak najbardziej zalicza. Zwłaszcza za "Smoka" przy którym, używając sformułowanie Pawła: nie jeden kompozytor by się zesrał, zanim napisałby coś takiego.
Temat oczywiście jest ciekawy i należą się słowa uznania jego autorowi

Ale boję się strasznie abyśmy nie popadli w "Syndrom Clemmensena" i brali pod uwagę każdego kompozytora, który tworzy na orkiestrę, przy udziale orkiestry, lub się umie nią zająć, gdyż tak to to trzeba będzie Briana Tylera na liście uwzględnić
Innym problemem jest fakt, że wielu kompozytorom przynajmniej raz, czy dwa w swej karierze udało się stworzyć naprawdę świetny score symfoniczny. Weźmy chociażby Badelta i "The Promise" czy "The Time Machine", bądź "Sinbada" Harry'go Gregsona-Williamsa. I czy te prace wystarczą, aby znaleźć się na liście

Chyba raczej nie
Osobnym zupełnie przypadkiem jest mój japoński No.1 Kenji Kawai, który chociażby takim "Avalon", czy tez paroma innymi score'ami pokazał, że świetnie potrafi pisać na orkiestrę. Ale i tak nie uwzględniłbym go na tej liście, gdyż nie o muzyce symfonicznej myślę, kiedy rozmyślam nad Kenji Kawaiem. Przynajmniej na pewno nie od razu.
To na razie tyle z mojej strony i dziękuję za uwagę
