
Dobrze, przesuwam Howarda do pierwszej grupy - są argumenty za tymPaweł Stroiński pisze:

Co do Silvestri'ego - BTTF, Predator, Otchłań, Kontakt, Mumia... To jest symfonika przez duże "S" moim zdaniem. Jako kompozytor rozumiem, że nie przekonuje, no ale orkiestra symfoniczna zawsze u niego jakoś tak było, jakby nie popatrzeć na jego współczesne kipawe prace, w których na siłę próbuje tych modernistycznych rzeczy, on nadal pochodzi z tej "starej" hollywoodzkiej szkoły la 80 i 90-ych

Powell - Hmm.... To, że posługuje się orkiestrą to fakt. Ale czy jego pisanie na orkiestrę to "wielka symfonika"? WątpięDanielosVK pisze:


Arnold - tyle, że po świetnym początku (Stargate, Last of Dogmen, ID4), gdzie ta symfonika lśniła, tak naprawdę nigdy nie powrócił do tego typu brzmień. Jego orkiestrowa muzyka stała się jakaś bez magii, bez muzycznego "ja", oczywiście pod względem technicznym bardzo dobra, ale to chyba za mało. Mi chodzi też o twórców, którzy w biegu całej swojej kariery byli wierni pewnej swojej wizji.Mefisto pisze:
Giacchino - czy to jest w obecnej chwili "wielki symfonik"? Rozgraniczajmy może umiejętność używania orkeistry od "czucia" jej i wielkiej symfoniki. Czy Giacchino stworzył coś np. na miarę Cliffhangera albo Ostatniego Mohikanina Jonesa? Czy w jego muzyce czuć powiew 'wielkiej symfoniki". Wydaje mi się, że musi jeszcze trochę udowodnić

Broughton, Conti - zgadzam się, OK.
Debney - trochę przesada

T.Newman - sorry, ale jesteś jedynym, który wspomiał o Tomku



No tak, a Wawrzek, jak to Wawrzek, od razu znalazł w tym wszystkim trzecie dno i musiał trochę popłakać i pogrymasić...Wawrzek pisze:

Ale co tu tłumaczyć. Przecież tak to powstało ponieważ nie było wymagania aby ta muzyka powstała jako dzieło orkiestrowe ani też ludzie, którzy to pisali, nie potrafią pisać muzyki i myśleć w sposób 'orkiestrowy'. To przykład powstawania partytur w komputerze, z sampli, ludzi, którzy całe kompozytorskie życie spędzają przez monitorami. Potem jak nawet tego rodzaju muzyka zostanie 'przetłumaczona' na orkiestrę, wprawne ucho wychwyci jej ograniczenia i uproszczenia jeżeli chodzi o język orkiestrowy.Wawrzyniec pisze:Podczas tej fajnej konferencji Disneya podczas Festiwalu też między innymi było tłumaczone, dlaczego przy taki pierwszych "Piratach" najpierw tworzona była muzyka syntetyczna udająca instrumenty klasyczne.
I dość słuszna uwaga, którą można by odnieść do 'definicji' wielkiego symfonika. Zauważmy też, że kiedyś tych kompozytorów/dyrygentów było znacznie więcej. Z czego to wynikało każdy wie, i każdy wie jak to się przekładało na jakość samej muzyki.Wawrzyniec pisze:I tu się pojawia problem, gdyż mnie pod wyrazem "wielki symfonik" kojarzy się przede wszystkim kompozytor, który wiadomo pisze na wielką orkiestrę, ale i sam nią dyryguje, tak jak John Williams. Ale wtedy to ta lista byłaby dwa razy krótsza, gdyby ktoś się moimi skojarzeniami kierował.
Ale są i też inne świetne prace, w których orkiestrę wykorzystuje w nader symfoniczny sposób - Behind Enemy Lines, Warriors of Virtue, The Unsaid...Wawrzyniec pisze:GeniuszNiestety Geniusz w odwrocie, który chyba już zrezygnował z muzyki filmowej, a szkoda, wielka szkoda
Davis na orkiestrę pisać potrafi i potrafi wykorzystać z niej maksimum. "Matrix: Revolutions" toż to istna masakra dla orkiestry i niełatwa muzyka do zagrania.
Nie widzę tu oryginalności, tylko wydaje mi się, że słabo znasz twórczość Shore'aWawrzyniec pisze:Ja jestem oryginalny i dlatego dla mnie jednak komentarz nie jest taki zbędny. Gdyż przynajmniej dla mnie Shore jako Wielki Symfonik to wchodzi głównie przez pryzmat "Władcy Pierścieni". Oczywiście nie zamierzam polemizować, ale tylko stwierdzam, że gdyby nie "LOTR" to nie wiem czy komentarz byłby aż tak zbędny.

Tak, tylko ile Young musiał się przy tym namęczyć, by ten głos "utrzymać"Wawrzyniec pisze:Zgadzam sięI słuchając "Priesta" dobitnie można ten talent i umiejętności odkryć. I zauważyć, że mimo "złego Hollywoodu" można jednak nie zatracać swojego głosu jak to zrobił Doyle przy "Thorze.

Dobra, spoko, wyluzujWawrzyniec pisze:Dla mnie komentarz musi byćGENIUSZ
Największy kompozytor muzyki filmowej - symfonicznej muzyki filmowej i kwintesencja "Wielkiego Symfonika".
![]()

Dlatego właśnie chodziło mi o selekcję, żeby nie wskazywać 'wielkim symfonikiem' każdego, kto pisze na orkiestręWawrzyniec pisze:Temat oczywiście jest ciekawy i należą się słowa uznania jego autorowiAle boję się strasznie abyśmy nie popadli w "Syndrom Clemmensena" i brali pod uwagę każdego kompozytora, który tworzy na orkiestrę, przy udziale orkiestry, lub się umie nią zająć, gdyż tak to to trzeba będzie Briana Tylera na liście uwzględnić
![]()

Oczywiście, że nie - powyżej o tym właśnie piszeszWawrzyniec pisze:Innym problemem jest fakt, że wielu kompozytorom przynajmniej raz, czy dwa w swej karierze udało się stworzyć naprawdę świetny score symfoniczny. Weźmy chociażby Badelta i "The Promise" czy "The Time Machine", bądź "Sinbada" Harry'go Gregsona-Williamsa. I czy te prace wystarczą, aby znaleźć się na liścieChyba raczej nie
![]()

No i zgadzam się zdecydowanie z Bucholcem. Nie szastajmy terminemBucholc Krok pisze: Panowie, bez przesady.. niedługo będziecie określać kogoś "prawdziwym wielkim symfonikiem" tylko dlatego, że coś napisał. W życiu nie uwierzę, że jest kilkudziesięciu "prawdziwych wielkich symfoników". PWS może być kilku a jeśli jest ich więcej to znaczy, że ten termin ma niewielką wartość. Może łatwiej i szybciej będzie jesli zrobicie listę kompozytorów, którzy się nie łapią?Albo niech każdy wybierze 5 jego zdaniem najlepszych, później się zsumuje wszystkie głosy i będzie 3 tych faktycznie najlepszych. Ale to znowu zrobi się lista "mój ulubiony kompozytor".

Mystery Man pisze:Dobry wątek. Z "wielkich symfoników" wyrzuciłbym Craiga Armstronga, nie raz pokazał, że potrafi, ale ni jak nie pasuje do takiego towarzystwa jak Horner, Williams czy Hisaishi i mimo wszystko dziwnie tu wygląda i jego nazwisko nie przywodzi mi od razu wielkiego epickiego brzmienia.
OK, zgadzam się, niemniej wystarczy posłuchać jego orkiestrowych aranżacji w Moulin Rouge, Romeo+Juliet, czy też pracy koncertowej "Memory Takes My Hand" by trochę docenić jego symfoniczne zdolności

OK, zgadzam się również. W sumie w pracy koncerowej pokazywał wielkość orkiestry głównie (takie Akhnanten albo Satyagraha), w filmówce raczej głównie minimalizm.Mystery Man pisze:Podobnie z Philipem Glassem. Geniusz to wiadomo, w swojej karierze nie raz brzmiał epicko (Itaipu, Symphony No. 3) , ale w muzyce filmowej słynie raczej od strony minimalisty, Thin Blue Line, Undertow, Fog of War, Secret Agent, Neverwas, to nie są ścieżki rozpisane na duże składy orkiestry, a takie tytuły jak Mishima to raczej sporadyczne wyjątki.
OKi, "dorzuceni"Mystery Man pisze:Z aspirujących dorzuciłbym do tych "wielkich":
- James Newton Howard - Znaki, Waterworld, Dinosaur, King Kong, Atlantyda, jak przydarzy mu się odpowiedni projekt, albo moment w filmie, to wie jak okrasić go bogatym symfonicznym brzmieniem
- Michael Giacchino - jeszcze 5 lat temu można byłoby się zastanawiać, obecnie ma miejsce w czołówce, jak dla mnie może się pochwalić najciekawszą sekcją smyczkową w Hollywood

Hmmm... No tak, "Beauty and the Beast" i mega-finał "Pocahontas", fragmenty "Dzwonnika" - to mówi samo za siebie, ma umiejętności nie małe.Mystery Man pisze:A do "wielkich symfoników"
Alan Menken - bez komentarza
Pope w sumie znany jest z ledwie jednego score'u, więc nie wiem czy to ma duży sensMystery Man pisze:Trevor Jones, John Scott, David Newman, Broughton, Holdridge, Folk, Conti, Pope czy McNeely to również ścisła czołówka, tylko trochę o nich za cicho, by mówić, że są dzisiejszymi "wielki symfonikami", choć takimi niewątpliwie są

Dzięki za infa od Mystery'ego i Pokemona o kilku japońskich twórcach, o których nawet szczerze mówiąc nie słyszałem
