Tak, tylko, że w mojej opinii muzyka filmowa nigdy nie była, nie jest i nigdy nie będzie Wielką Sztuką - w pełnym tego słowa znaczeniu. I choćby score był napisany przez niewiadomo jak wybitnego kompozytora, a o samej muzyce można by było powiedzieć, że to WIELKIE ARCYDZIEŁO MUZYKI FILMOWEJ (a może nawet i NAJWIĘKSZE w historii!). A sama muzyka, obcowanie z nią dawało by mi tyle niesamowitych wrażeń, emocji, że mógłbym przysiąc, że złapałem Boga za nogi; to w dalszym ciągu powstrzymywał bym się przed nazwaniem tego Wielką Sztuką, niestety

. Podam tutaj przykład ścieżki, która moim zdaniam, ma największe aspiracje do tego tytułu:
Cedry pod śniegiem Jamesa Newtona Howarda (od razu powiem, że to mój ulubiony kompozytor filmówki - z tych żyjących; stąd też moje oczekiwania wobec Maleficent

). Nie znam drugiej takiej ścieżki, która dawała by mi tyle wzruszeń, emocji; ponadto była by tak bogata, że nawet i po setnym odsłuchu wiem, że będę odkrywał jej piękno z każdym kolejnym. Emocji na tak niezwykłym poziomie, spoza filmówki, dostarcza mi na przykład
Angelus Wojciecha Kilara, czy
Missa Solemnis Beethovena (i o tych dziełach już mogę powiedzieć, że to Sztuka w 100% jest). Więć dlaczego nawet Cedrów, choć to arcygeniusz jest, nie nazwał bym sztuką? Bo skoro to muzyka filmowa jest, to została stworzona w jakimś celu - pod obraz. Musi pełnić w nim jakieś tam funkcje ilustracyjne. Ponadto gdyby film wcześniej nie powstał, kompozytor nie mógł by swojego dzieła napisać - jest uzależniony od czyjegoś wcześniejszego dzieła. No i najważniejsze: musi uzgodnić swoje dzieło z osobami trzecimi - przede wszystkim reżyser tu decyduje. Jak mu się muzyka w jakiejś konkretnej scenie nie podoba, to każe kompozytorowi pisać coś innego - a on pokornie musi się słuchać, bo inaczej fora ze dwora. Innymi slowy, inni wchodzą bezczelnie buciorami w jego dzieło i każą mu je zmieniać, poprawiać - no dżizas! I jak tu być artystą! Brak, jak to się mówi, nieograniczonej wolności twórczej.
Wiem, że te wyznacznik są jasne i dla niektórych oczywiste, no ale ja jednak nimi się też kieruje w ocenie twórcy, czy można go nazwać artystą czy tylko jednak rzemieślnikiem.
I żeby sprawa była jasna, nie jest ma przykro z tego powodu, że o swoich ulubionych kompozytorach nie mogę powiedzieć, że to w pełni artyści są i tworzą Wielka Sztukę. Goldsmith to rzemieślnik, tylko, że przez duże R – i to mi wystarczy

. Zresztą, jako miłośnik muzyki filmowej, i tak wolę dobre rzemiosło od Wielkiej Sztuki – skoro tej drugiej, zwłaszcza tej współczesnej, w większości przypadków w ogóle nie rozumiem

(nie tylko o muzyce mówię)
PS: Cholera, nie miałem zaczynać tego sporu a zacząłem, no kurde! Ale dobra, już koniec offtopa. Wracamy do, eeee... Hobbita Shora…
