W przypadku producentów jest to rodzaj magicznego myślenia. To znaczy to, z czym się nie zgadzam, to myślenie, że Hans napisał pierwszych Piratów albo Batmana początek z myślą, że zrobi jakieś nowatorstwo (co w przypadku zwłaszcza pierwszych Piratów zakrawałoby na ironię, ale, jak to mówią Amerykanie, dla dobra argumentu...). Po prostu dostaje film, zastanawia się jak go ugryźć i robi to, co uważa za słuszne. Z tego może wyjść coś dobrego albo nie. Z punktem dotyczącym BvS totalnie się zgadzam.Ghostek pisze:Sporo racji ma tu Tomek. Mimo iż producenci dyktują warunki i to od nich zależy w głównej mierze charakter ścieżki, to ABSOLUTNIE nie przyjmuję do wiadomości, że taki Hansu nie ma nic do powiedzenia. Że biernie przyjmuje wszystko, co mu każą. Nie ta liga. Taki Banos może srać pod siebie godząc się na wszystko, co mu podyktują, ale człowiek z pozycją Hansa może postawić sprawę prosto: albo jedziemy po mojemu uwzględniając wasze uwagi albo rozstajemy się i robię to, co chcę robić.
Dla mnie kwestia BvS jest cholernie prosta. Hansu kompletnie nie miał pomysłu na ten score. Zrobił go po prostu na odpiernicz zgarniając gruby hajs i pozwalając zgarnąć takowy również Junkiemu. Nie przyjmuję żadnego tłumaczenia, że film tego wymagał, czy cokolwiek innego. Tyle w temacie.
A i prawdą jest, że to kompozytorzy kształtują współczesne standardy. Podejmując jakieś koncepcje, wprowadzając coś do gatunku ustawicznie odnosząc się do tego, siłą rzeczy pozwalają żyć takim a nie innym rozwiązaniom. Preferencje reżyserów nie biorą się znikąd.
Tylko że będąc nawet Hansem Zimmerem, musi wziąć pod uwagę jedną rzecz. Jeśli chce by jego kariera się dalej ciągnęła nie może do końca powiedzieć tego, co mówisz. Dlaczego? Bo kompozytor jest w Hollywood ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego (ile razy się zdarzało, że próbowano uratować fatalny film zmieniając muzykę, jakby to coś dało?). Nie mówię, że biedny Hans nie wiedział, co robi, bo mu Zack Snyder siedział nad głową, niczym jakiś miecz Damoklesa. Dzisiejsi reżyserzy i producenci (do czego niektórzy się przyznają, patrz Ron Howard i... Peter Jackson) mają dość nikłe zrozumienie muzyki i Hans z Junkiem mogli zrobić swoje na odwal, by się dopasować do filmu, wpisać w brzmienie, które założyli już dla całej franczyzy DC i jednocześnie wmówić Snyderowi (który przecież ma prawo być nawet dość ostry wobec kompozytora, może nie tak ostry jak Friedkin dla Schifrina przy Egzorcyście, ale ma prawo) nawet i więcej niż próbują wmawiać fanom po wywiadach. To są różne czynniki, brak pomysłu, co jest zdecydowanie w tym przypadku prawdą, gorsza forma kompozytora danego dnia lub miesiąca (to tylko ludzie), kilka czynników komercyjnych i psychologicznych nawet mogło wejść w grę, a nie ma co z tego roztrząsać, bo przede wszystkim liczy się produkt końcowy.
A magiczne myślenie producenta? Skoro sprzedał się film, to też przez muzykę (a w przypadku Hansa też się liczą przecież albumy, które się sprzedają). Więc ludzie takiej muzyki chcą. Oczywiście można kształtować trendy i kompozytor sam może niejako legitymizować trend kontynuując go (i nie zawsze można to bronić spójnością brzmienia franczyzy, w przypadku trylogii Nolana owszem, ale jeśli przenosi się na Man of Steel i jeszcze parę innych rzeczy, to nie bardzo). Spróbowano czegoś takiego nawet w latach dziewięćdziesiątych i to całkiem wyszło: duża część ekipy Speeda przeszła do Broken Arrow - scenarzysta, montażysta i jeszcze parę osób. Mancinę zmienił Hans, Jana de Bonta John Woo, no i mamy. Udało się? Udało. To robimy ciągle to samo. Może nie zauważą, bo przecież kochają formułę.