Zazwyczaj, jeśli wiem, że zobaczę wkrótce film, to muzykę włączam już po tym fakcie - oczywiście o ile mnie zainteresuje. Tutaj seans się trochę odkładał, ale o rany, jakże świetna muzyka. Faktycznie mocny homage to 80's i trochę wczesnych 90's, ale z własnym pomysłem na siebie. I dramatyzmem. Mam wrażenie, że w tych 46 minutach wszystko się logicznie okłada - jest początek, rozwinięcie i finał.
Padały tu różne nazwy. Owszem, Tangerine Dream, ale to jest dużo lepsze IMHO, faktycznie trochę tu nawiązań do Vangelisa. Jest też mocny vibe Jamesa Newtona Howarda a la Grand Canyon i Saint of Ford Washingotn, coś z Horrnera w stylu Commando, a nawet jeden kawałek jakby z biblioteki Morricone'a. No tygiel. W każdym razie, Daniel Lopatin zdecydowanie dał radę.
Alphaville, New Order i Tears fo Fears to nie do końca moja estetyka, jeśli już, to już bliżej mi do Petera Gabriela, ale piosenki w filmie mnie nie przeszkadzały - przeciwnie. Taką sobie fantazję stworzył Josh Safdie i gdyby nie pewne konteksty kulturowe i historyczne, równie dobrze mógłby tę historię osadzić trzydzieści lat później.
i jest CD ze scorem, co prawda z Japonii, ale zawsze.
